Frederik Pohl        Fermi I Mr�z

    Timothy Clary nie dosta� tortu na swoje dziewi�te urodziny. Ca�y ten dzie� sp�dzi� w poczekalni nowojorskiego lotniska im. Johna F. Kennedy'ego przysypiaj�c co jaki� czas i pop�akuj�c z wyczerpania albo ze strachu. Do jedzenia dosta� tylko czerstwe kruche ciasteczka z ruchomego bufetu; nie by�o ich zreszt� zbyt wiele. By� poza tym ogromnie zawstydzony, bo zmoczy� majtki, trzy razy. O przedostaniu si� do toalety przez �ci�ni�te cia�a uciekinier�w w og�le nie by�o mowy. Prawie trzy tysi�ce os�b t�oczy�o si� w miejscu przeznaczonym tylko dla niewielkiego u�amka tej liczby, a wszystkich opanowa�a ta sama potrzeba: Ucieka�! Wspi�� si� na najwy�sz� g�r�! Rozp�aszczy� si� w �rodku najszerszej pustyni! Biec! Kry� si�!

    I si� modli�. Modli� si� jak najgor�cej, bowiem nawet ci, kt�rzy walcz�c dostali si� na pok�ad rzadko pojawiaj�cych si� samolot�w, a nawet polecieli, nie mogli mie� pewno�ci bezpiecze�stwa tam, gdzie wyl�duj�. Rodziny si� rozdziela�y. Matki wpycha�y swe wrzeszcz�ce dzieci do samolotu, a p�niej same krzycz�c, tylko ciszej, wtapia�y si� w t�um.

    Poniewa� nikt dot�d nie nacisn�� guzika, a przynajmniej nie og�oszono o tym, istnia�a mo�liwo��, �e jest jeszcze czas na ucieczk�. Troch� czasu starczy�o, by lotnisko nowojorskie i wszystkie inne wype�ni�y si� przera�onymi ludzkimi lemingami. Nikt nie mia� w�tpliwo�ci, �e rakiety szykowa�y si� do uderzenia. Pr�ba zamachu na Kubie doprowadzi�a do momentalnej eskalacji i jedna ��d� podwodna zaatakowa�a drug� pociskiem nuklearnym. Wszyscy byli zgodni, �e to pierwsza oznaka. Nast�pna b�dzie zarazem ostatni�.

    Timothy niewiele o tym wiedzia�, ale gdyby nawet, to co m�g�by zrobi�? P�aka�, �ni� koszmarne sny, zmoczy� si� ze strachu? I tak go ju� to dr�czy�o. Nie wiedzia�, gdzie jest jego ojciec. Nie wiedzia� te�, gdzie jest matka, poza tym, �e posz�a gdzie� szuka� ojca, ale potem trzy Jumbo Jety jednocze�nie og�osi�y za�adunek i fala ludzka ponios�a Timothy'ego daleko od miejsca, gdzie matka go zostawi�a. Gorzej jeszcze: ca�y mokry, ju� przedtem przezi�biony, zaczyna� by� powa�nie chory. M�oda kobieta, kt�ra przynios�a mu kruche ciasteczka, przy�o�y�a mu z zatroskaniem d�o� do g�owy, lecz zaraz j� odsun�a, zdruzgotana w�asn� bezsilno�ci�. Ch�opiec potrzebowa� lekarza - ale tak samo potrzebowa�y go setki innych: starsi ludzie chorzy na serce, g�odne niemowl�ta i przynajmniej dwie kobiety w przededniu rozwi�zania.

    Gdyby groza min�a i negocjacje zako�czy�y si� pomy�lnie, Timothy mo�e by na powr�t znalaz� rodzic�w, w por�, by si� o�eni� i da� im wnuki. Je�li kt�ry� z przeciwnik�w zdo�a�by zniszczy� drugiego samemu ponosz�c stosunkowo niewielkie straty, Timothy m�g�by czterdzie�ci lat p�niej �y� w kraju okupowanym - lub samemu bra� udzia� w okupacji. Albo je�li jego matka nieco wcze�niej mocniej by si� przepycha�a, mo�e trafi�by do samolotu z uchod�cami, kt�ry dolecia� do Pittsburga jednocze�nie z pociskiem j�drowym. Lub gdyby dziewczyna, kt�ra si� nim zaopiekowa�a, by�a nieco bardziej przestraszona czy dzielniejsza i przecisn�aby si� z nim jako� przez �cisk do zaimprowizowanego szpitala w g��wnej poczekalni, mo�e Timothy dosta�by lekarstwo, znalaz� kogo�, kto by si� nim zaopiekowa� i pom�g� dosta� w bezpieczne miejsce, a tam Timothy ocali�by �ycie.

    Ale przecie� to si� w�a�nie sta�o!







    Poniewa� Harry Malibert udawa� si� na seminarium Brytyjskiego Towarzystwa Mi�dzyplanetarnego, wiadomo�� zasta�a go w Ambassador Club na lotnisku, gdzie s�czy� jednego Mamini za drugim. Nie zauwa�any dot�d telewizor w k�cie baru nagle sta� si� o�rodkiem powszechnego zainteresowania.

    Te g�upie sygna�y alarmowe nadawane co jaki� czas przez radiostacje, ignorowane za� przez wszystkich pozosta�ych, tym razem nie by�y pr�b�! Wszystko odbywa�o si� na powa�nie! Ze wzgl�du na zim� i silne opady �niegu lot Maliberta uleg� ju� przedtem op�nieniu, lecz kiedy odlot mia� ju� nast�pi�, wszystkie rejsy wstrzymano. Lotnisko Kennedy'ego zosta�o zamkni�te do czasu, a� jaki� wysoki urz�dnik zezwoli na start.

    Prawie natychmiast terminale zacz�y si� wype�nia� uchod�cami. Ambassador Club na razie by� stosunkowo pusty, bowiem przez trzy godziny obs�uga naziemna stanowczo odmawia�a wpuszczenia ka�dego, kto nie m�g� okaza� czerwonej karty cz�onkowskiej; kiedy jednak sko�czy�a si� �ywno�� i napoje w pozosta�ej cz�ci terminalu, kierownik obs�ugi ostatecznie otworzy� klub dla wszystkich. T�oku w terminalu to specjalnie nie rozlu�ni�o, za to wewn�trz klubu zrobi�o si� wyra�nie ciasno. Prawie natychmiast spontanicznie zorganizowany komitet lekarski zaj�� wi�ksz� cz�� klubu, by za�o�y� tam punkt pomocy dla rannych i chorych, pozostali za�, tacy jak Harry Malibert, musieli si� przenie�� do baru. Rozpozna� go jaki� m�czyzna z obs�ugi naziemnej, kt�ry zamawia� przy barze gin z tonikiem wi�cej dla zawartych w nim kalorii ni� dla alkoholu.

    - Pan nazywa si� Harry Malibert - powiedzia�. - S�ysza�em raz pana wyk�ad, na Northwestern.

    Malibert skin�� g�ow�. Zwykle w takich sytuacjach odpowiada� uprzejmie: "Mam nadziej�, �e wyk�ad si� panu spodoba�", ale tym razem uprzejmo�� wyda�a mu si� nie na miejscu. A i sytuacja nie by�y zwyk�a.

    - Pokazywa� pan slajdy Arecibo - m�czyzna wspomina� w rozmarzeniu. - M�wi� pan, �e tamtejszy radioteleskop potrafi przekaza� sygna�y a� do Wielkiej Mg�awicy Andromedy, na odleg�o�� dw�ch milion�w lat �wietlnych... o ile znajdzie si� tam r�wnie pot�ny radioteleskop, by je odebra�.

    - Ma pan dobr� pami�� - odpar� Malibert, zaskoczony.

    - Zrobi� pan ogromne wra�enie, profesorze Malibert. - Facet spojrza� na zegarek, zamy�li� si�, potem poci�gn�� kolejny �yk. - To naprawd� brzmia�o fantastycznie: wykorzystanie wielkich teleskop�w do nas�uchu sygna��w wysy�anych przez obce cywilizacje znajduj�ce si� gdzie� w Kosmosie. Mo�e by�my jakie� us�yszeli, mo�e nawi�zaliby�my kontakt, mo�e by si� okaza�o, �e nie jeste�my sami we Wszech�wiecie. Po pana wyk�adzie zacz��em si� zastanawia�, dlaczego dot�d nie widzieli�my "tamtych", albo cho� nie s�yszeli�my ich sygna��w, ale teraz - zako�czy� wygl�daj�c z gorycz� przez okno, na stoj�ce pod stra�� rz�dy samolot�w - teraz chyba znamy ju� odpowied�.

    Malibert z ci�kim sercem patrzy� za odchodz�cym m�czyzn�. To, czemu po�wi�ci� ca�� sw� karier� zawodow�, Program SETI, , czyli Poszukiwania Cywilizacji Pozaziemskich, wydawa� si� teraz ma�o wa�ny. Je�li bomby spadn�, a wszyscy byli zdania, �e to nieuniknione, oznacza�o to koniec Programu, przynajmniej na d�u�szy czas...

    Po drugiej stronie baru rozgwar si� nasili�; Malibert odwr�ci� si�, spojrza� na ekran, wyt�y� s�uch. Napis "Prosimy o uwag�" znikn��; m�oda Murzynka o wypomadowanych w�osach dr��cym g�osem odczytywa�a ostatnie wiadomo�ci,

    - ... Prezydent potwierdzi� doniesienia o ataku j�drowym. Nad Arktyk� wykryto nadlatuj�ce pociski. Wszyscy winni uda� si� do schron�w i tam oczekiwa� na dalsze polecenia...

    Tak, to koniec Programu, pomy�la� Malibert, przynajmniej na bardzo d�ugi czas.

    Ciekawe, �e wiadomo�� o tym, i� "to" si� zacz�o, nie zmieni�a w�a�ciwie niczego. Nie by�o �adnej paniki, �adnej histerii. Polecenie udania si� do schron�w nie mia�o sensu na lotnisku Kennedy'ego, gdzie nie istnia�y �adne schrony poza budynkami, w kt�rych wszyscy i tak si� znajdowali. A bez w�tpienia nie by�y to za dobre schrony. Malibert przypomnia� sobie szczeg�lny aerodynamiczny kszta�t dachu. Jakikolwiek wybuch w pobli�u z pewno�ci� go zerwie i poniesie nad zatok� - a wraz z nim wielu ludzi, kt�rzy si� pod nim schronili.

    Ale nie by�o dok�d ucieka�.

    Telewizja wci�� jeszcze pracowa�a, B�g jeden wie po co. Na ekranie pojawia�y si� obrazy t�um�w na Times Square i w Newarku, korek samochodowy na Mo�cie Waszyngtona powi�kszaj�cy si� z ka�d� chwil�, bowiem kierowcy porzucali swe pojazdy i pieszo kierowali si� ku wybrze�u. Co najmniej setka ludzi w barze wygina�a szyje, by ponad g�owami innych dojrze� cho� kawa�ek ekranu, ale jedyne s�owa pada�y wtedy, gdy kto� rozpozna� jaki� budynek czy ulic�.

    Rozleg�y si� polecenia: - Wszyscy musz� si� natychmiast odsun��! Potrzebujemy wi�cej miejsca dla chorych i rannych! Szukamy ch�tnych do pomocy przy pacjentach! - Malibert zg�osi� si� od razu i powierzono mu opiek� nad ma�ym ch�opcem, ca�ym w gor�czce. Ch�opiec szcz�ka� z�bami.

    - Poda�am mu tetracyklin� - powiedzia�a lekarka, kt�ra przekaza�a mu ch�opca. - Niech pan zrobi z nim porz�dek, dobrze? Nic mu nie b�dzie, chyba �e...

    Chyba �e zdarzy si� najgorsze, pomy�la� Malibert. Co to mia�o znaczy�: "zrobi� z nim porz�dek"? Wszystko sta�o si� jasne, kiedy jego wyrok zatrzyma� si� na spodniach ch�opca, a w�ch powiedzia� mu, dlaczego s� mokre. Ostro�nie u�o�y� dziecko na sk�rzanej kanapce, po czym zdj�� mu przemoczone spodenki i bielizn�. Ch�opiec oczywi�cie nie mia� zapasowego ubrania; Malibert poradzi� sobie jednak z pomoc� w�asnych spodenek elastycznych, kt�re wyj�� z walizki. By�y oczywi�cie zbyt du�e na ch�opca, ale poniewa� mia�y przylega� �ci�le do cia�a, nie zsun�y si�, gdy podci�gn�� je dziecku pod szyj�. Potem znalaz� kilka papierowych r�cznik�w i wy��� w nie spodnie ch�opca, ale bez wi�kszego skutku. Skrzywi� si�, roz�o�y� je na sto�ku barowym i usiad� na nich, by je podsuszy� ciep�em w�asnego cia�a. Po dziesi�ciu minutach, gdy wk�ada� je ch�opcu, by�y tylko troch� wilgotne...

    San Francisco zamilk�o, oznajmi� telewizor.

    Malibert zobaczy� znowu m�czyzn� z obs�ugi naziemnej, kt�ry przeciska� si� ku niemu przez t�um. Potrz�sn�� g�ow�.

    - Zacz�o si� - powiedzia�. M�czyzna rozejrza� si� dooko�a, po czym przybli�y� usta do ucha Maliberta.

    - Mog� pana st�d wyci�gn�� - szepn��. - DC-8 z Islandii w�a�nie �aduje ludzi. Nie og�aszamy tego, bo inni nie daliby mu odlecie�. Dla pana znajdzie si� miejsce, profesorze.

    S�owa m�czyzny podzia�a�y na Maliberta jak wstrz�s elektryczny. Zadr�a�. Nie wiedz�c, dlaczego to robi, zapyta�: - Czy mog� wys�a� ch�opca zamiast siebie?

    Facet z obs�ugi wygl�da� na rozdra�nionego. - Oczywi�cie, niech go pan we�mie ze sob� - odrzek�. - Nie wiedzia�em, �e ma pan syna.

    - Nie mam - odpar� Malibert, ale nie na g�os. A kiedy znale�li si� ju� w odrzutowcu, trzyma� ch�opca na kolanach tak czule, jakby rzeczywi�cie by� to jego syn.







    Nawet je�li w Ambassador Club nie by�o paniki, to w wielu innych miejscach by�o jej a� nadto. Mieszka�cy miast na terenie supermocarstw wiedzieli, �e gra idzie o �ycie. Wszystko, cokolwiek byli w stanie przedsi�wzi��, mog�o okaza� si� bezskuteczne, a jednak musieli co� robi�. Cokolwiek! Ucieka�, kry� si�, zakopa� si� w ziemi�, przygotowa� si�... i modli�. Mieszka�cy miast porzucali swe metropolie, by schroni� si� na otwartych terenach wiejskich, farmerzy za� szukali ucieczki w mocniejszych, bezpieczniejszych budynkach miast.

    I bomby spad�y.

    Te, kt�re zniszczy�y Hiroszim� i Nagasaki, by�y jak zapalone zapa�ki wobec eksplozji termoj�drowych, kt�re w ci�gu tych pierwszych paru godzin poch�on�y osiemdziesi�t milion�w istnie�. Nad setk� miast szala�a burza ogniowa. Wichry p�dz�ce z . szybko�ci� trzystu kilometr�w na godzin� �ci�ga�y do niej samochody, gruzy i ludzkie cia�a, kt�re spopielone unosi�y si� ku niebu. W powietrze tryska�y strumienie roztopionych ska� i py�u.

    Niebo pociemnia�o.

    Potem za� sta�o si� jeszcze ciemniejsze.

    Kiedy islandzki odrzutowiec wyl�dowa� na lotnisku w Keflaviku, Malibert przeni�s� ch�opca d�ugim korytarzem do niedu�ego stanowiska z napisem "Kontrola paszportowa". Kolejka przed nim by�a d�uga, bo wi�kszo�� pasa�er�w w og�le nie mia�a paszport�w i kiedy Malibert dotar� do siedz�cej za okienkiem kobiety, ta by�a ju� kompletnie wyczerpana wypisywaniem tymczasowych zezwole� na wjazd.

    - To m�j syn - sk�ama�. - Jego paszport ma �ona, ale nie wiem, gdzie ona jest.

    Kobieta skin�a g�ow� ze znu�eniem. Zacisn�a wargi, potem spojrza�a ku drzwiom, za kt�rymi jej zwierzchnik trudzi� si� w pocie czo�a nad sporz�dzaniem raport�w, wzruszy�a ramionami i przepu�ci�a ich. Malibert skierowa� si� z ch�opcem ku drzwiom z napisem "Snirting", co po islandzku znaczy�o zapewne "toaleta" i z ulg� stwierdzi�, �e Timothy mo�e przynajmniej sta� podczas oddawania moczu, cho� oczy nadal ma p�przymkni�te. Jego czo�o nadal by�o gor�ce. Malibert modli� si� w duchu, by w Reykjaviku znalaz� si� jaki� lekarz.

    W autobusie zaj�a si� nimi m�wi�ca po angielsku przewodniczka, kt�ra nie mia�a ju� nic do roboty, bowiem samolot z wycieczk�, na kt�r� czeka�a, nigdy ju� nie mia� nadlecie�. Usiad�a na por�czy siedzenia z przodu autobusu i z o�ywieniem trajkota�a do uciekinier�w. - Chicago? Tak, nie ma ju� Chicago. I Detroit, i Pittsburga... �le, bardzo �le. Nowy Jork? No pewnie, Nowy Jork te�! - powiedzia�a z powag�, a widz�c wielkie �zy sp�ywaj�ce po jej policzkach, Timothy zacz�� te� p�aka�.

    Malibert przytuli� go. - Nie martw si�, Timmy - powiedzia�. - Kto by tam bombardowa� Reykjavik? - I nikt nie mia� takiego zamiaru. Kiedy jednak pocisk wymierzony w ameryka�sk� baz� lotnicz� w Keflaviku zboczy� z drogi o kilkadziesi�t kilometr�w, Reykjavik mimo wszystko przesta� istnie�.

    Autobus musia� zboczy� z w g��b l�du, by omin�� po�ary i promieniowanie. A kiedy s�o�ce wsta�o do ich pierwszego dnia na Islandii, Malibert, drzemi�cy u ��ka ch�opca po tym, jak piel�gniarka naszpikowa�a go antybiotykami, zobaczy� �wit sk�pany w przera�liwej czerwieni.

    Warto by�o jednak na� popatrze�, bo w nast�pnych dniach �wit nie nadszed� w og�le.







    Najgorsza by�a ciemno��, ale zrazu nie ona stanowi�a najpilniejszy problem. Najpilniejszym problemem by�y deszcze. Biliony cz�steczek py�u spowodowa�y kondensacj� pary wodnej. Tworzy�y si� kropelki. Spad�y deszcze - potoki deszczu, �ciany i kaskady deszczu. Rzeki wyst�pi�y z brzeg�w: Missisipi, Ganges, Amazonka. Woda przela�a si� przez Wielk� Tam� Assua�sk�, jednocze�nie j� niszcz�c. Deszcze pada�y tam, gdzie oko ludzkie nigdy przedtem ich nie ogl�da�o. Sahar� zala�a pow�d�; P�on�ca G�ra na skraju pustyni Gobi wi�cej ju� nie mia�a zap�on��: deszcz r�wny dziesi�cioletniemu opadowi w tym rejonie sp�uka� do naga pyliste stoki.

    Ciemno�� za� nie ust�powa�a.

    Rodzaj ludzki znajduje si� zawsze osiemdziesi�t dni od g�odu. Tyle wynosz� zasoby zgromadzonej �ywno�ci przeci�tnie na ca�ym globie ziemskim. I w momencie nadej�cia nuklearnej zimy nie by�o ich wi�cej.

    Rakiety wystartowa�y jedenastego czerwca. Gdyby �wiatowe zasoby �ywno�ci by�y rozmieszczone r�wnomiernie, ostatni k�s zosta�by prze�kni�ty trzydziestego sierpnia. Potem zacz�oby si� umieranie z g�odu, co potrwa�oby kolejne sze�� tygodni. Nast�pny akt historii Ziemi odby�by si� ju� bez udzia�u rodzaju ludzkiego.

    Zasoby �ywno�ci nie by�y jednak r�wnomiernie rozmieszczone. P�kula p�nocna zosta�a zaskoczona w po�owie drogi - pola zasiane, zbo�a jeszcze nie wyro�ni�te. I nic ju� nie wyros�o. Kie�ki wysun�y si� nad ziemi�, w poszukiwaniu �wiat�a s�onecznego, a nie znalaz�szy go zgin�y. �wiat�o s�oneczne nie dochodzi�o do powierzchni Ziemi, zas�oni�te g�stymi chmurami py�u uniesionymi wybuchami termoj�drowymi. By� to nawr�t epoki kredy; zag�ada wisia�a dos�ownie w powietrzu.

    W bogatych krajach Ameryki P�nocnej i Europy by�y oczywi�cie ogromne zasoby zmagazynowanej �ywno�ci, kt�re jednak szybko topnia�y. Kraje bogate dysponowa�y wielkim bogactwem w postaci zwierz�t rze�nych. Ka�dy w� r�wna� si� milionom kalorii zawartych w bia�ku i t�uszczach. Kiedy go zarzynano, oszcz�dza� kolejne kalorie zawarte w zbo�u i otr�bach, kt�re zjad�by p�niej. Byd�o, trzoda, owce - nawet kozy i konie, nawet domowe kr�liki i kurcz�ta, nawet koty i chomiki - wszystkie zarzynano i zjadano, by zaoszcz�dzi� zasoby �ywno�ci w puszkach, a tak�e w postaci zb� i warzyw. Mi�sa nie reglamentowano - trzeba je by�o zje��, zanim si� zepsuje.

    Oczywi�cie nawet w bogatych krajach zapasy nie by�y rozmieszczone r�wnomiernie. Stada i elewatory nie znajdowa�y si� na Times Square czy w Hollywood. Konwoje zbo�owe z Iowa do Bostonu, Dallas i Filadelfii musia�y posuwa� si� pod os�on� wojska. Wkr�tce trzeba si� by�o uciec do zabijania. Potem za� konwoje sta�y si� w og�le wykluczone.

    Tak wi�c miasta zacz�y g�odowa� najpierw. Kiedy za� �o�nierze przeszli z odbierania �ywno�ci ze wsi dla miast na zabieranie jej dla siebie, rozpocz�y si� rozruchy i kolejna fala masowych zgon�w. Ofiary zwykle nie umiera�y przez w�asny g��d, lecz przez g��d kogo� innego.

    Wszystko to nie trwa�o d�ugo. Pod koniec "lata" skute mrozem ruiny miast wsz�dzie wygl�da�y jednakowo. Zamieszkiwa�a je garstka wychud�ych, przemarzni�tych desperat�w, kt�rzy strzegli zapas�w puszkowanej, wysuszonej i mro�onej �ywno�ci.

    Wszystkie rzeki �wiata wype�ni�y si� a� po uj�cie szlamem, poniewa� porastaj�ce ich brzegi trawa oraz drzewa zgin�y i przesta�y utrzymywa� gleb�. Ka�dy deszcz wymywa� pr�chnic�, kiedy za� mrok si� pog��bi�, deszcze przesz�y w opady �niegu. P�on�ca G�ra pokry�a si� lodem, wytkni�ta w niebo jak koszmarny, szklany palec. Ludzie mogli przej�� nieomal such� nog� przez Tamiz� - ci nieliczni, kt�rzy zostali jeszcze przy �yciu w Londynie. Tak samo przechodzi�o si� przez Hudson, Mekong, Missouri. Lawiny pogrzeba�y resztki Denver. Po�acie martwych drzew sta�y si� �erowiskiem kornik�w - te za� z kolei wyszukiwa�y i po�era�y hordy wyg�odnia�ych drapie�c�w, niejednokrotnie ludzkiego pochodzenia. Nieliczni pozostali przy �yciu mieszka�cy Hawaj�w nareszcie docenili swoje termity.

    Mieszkaniec kraj�w rozwini�tych - dobrze od�ywiony przy diecie o warto�ci 2800 kalorii dziennie, biegaj�cy, by zrzuci� nadmiar t�uszczu, albo rozpaczaj�cy nad swoj� tusz� - wy�yje czterdzie�ci pi�� dni bez po�ywienia. Po tym okresie znikn� ostatnie kom�rki t�uszczowe i rozpocznie si� proteinowa reabsorpcja mi�ni. Pulchna pani domu czy te� oty�y przemys�owiec wygl�da jak zag�odzony strach na wr�ble. Ale nawet i wtedy w�a�ciwa opieka i od�ywianie mog� im przywr�ci� zdrowie.

    P�niej jednak jest coraz gorzej.

    Uk�ad nerwowy zaczyna si� rozpada�. Przychodz� ataki �lepoty. Zanikaj� dzi�s�a, wypadaj� z�by. Apatia przechodzi w b�l, potem w niezno�ne cierpienie, wreszcie w �pi�czk�.

    I w ko�cu �mier�. �mier� prawie dla wszystkich ludzi na Ziemi.







    Deszcz pada� przez czterdzie�ci dni i czterdzie�ci nocy; obni�a�a si� r�wnie� temperatura. Islandia zamarz�a.

    Ku zdumieniu i budz�cej si� uldze Henry'ego Maliberta, wyspa by�a na to nie�le przygotowana. W tym miejscu - jednym z niewielu na Ziemi - cz�owiek m�g� prze�y� nieomal ca�kowicie otoczony �niegiem i lodem.

    Istnieje �a�cuch wulkan�w biegn�cy wok� prawie ca�ej Ziemi. Ta jego cz��, kt�ra le�y mi�dzy Europ� i Ameryk�, nazywa si� �a�cuchem �r�datlantyckim i w wi�kszo�ci znajduje si� pod wod�. Tu i tam, niczym czyraki pojawiaj�ce si� na przedramieniu, wulkaniczne szczyty wysuwaj� si� ponad powierzchni� wody w postaci wysp. Jedn� z nich jest Islandia. W�a�nie dlatego, �e Islandia jest wysp� wulkaniczn�, �ycie na niej mog�o si� zachowa�, podczas gdy w innych miejscach gin�o od mrozu; jednak liczy�o si� r�wnie� to, �e zawsze by�o na niej zimno.

    Tymczasowe w�adze pogna�y Maliberta do roboty natychmiast po tym, jak si� okaza�o, kim jest. Nie by�o wolnych miejsc pracy dla radioastronoma interesuj�cego si� kontaktem z dalekimi (i prawdopodobnie nie istniej�cymi) istotami pozaziemskimi. Znalaz�o si� jednak wiele r�nych zaj�� dla osoby z wykszta�ceniem naukowym, .szczeg�lnie je�li ma ona poza tym zdolno�ci techniczne, kt�re pozwoli�y jej na kierowanie przez dwa lata obserwatorium w Arecibo. Poza opiekowaniem si� Timothym, kt�ry powoli lecz pewnie pokonywa� zapalenie p�uc, Malibert oblicza� strat� ciep�a i tempo pompowania dla pobieranej wody geotermicznej.

    Islandia wype�ni�a si� pomieszczeniami zamkni�tymi, kt�re ogrzewano wod� pochodz�c� z podziemnych gor�cych �r�de�. Ciep�a by�o a� nadto - ale przetransportowanie go z p�l gejzer�w do pomieszcze� zamkni�tych okaza�o si� trudniejsze. Gor�ca woda by�a gor�ca jak zawsze, poniewa� swoje kalorie czerpa�a nie ze s�o�ca - ale potrzeba ich by�o znacznie wi�cej, by przezwyci�y� trzydziestostopniowy mr�z ni� ch��d, gdy temperatura wynosi +5�C. I nie chodzi�o tylko o ogrzanie pozosta�ych przy �yciu ludzi. Najwa�niejsza by�a uprawa ro�lin.

    W Islandii zawsze by�o wiele palmiarni geotermicznych. Obecnie palmy wyrzucono, a w ich miejsce posiano zbo�a i posadzono warzywa. Zabrak�o �wiat�a s�onecznego potrzebnego do wzrostu ro�lin, tote� wszystkie si�ownie geotermiczne pracowa�y pe�n� moc�. Lampy jarzeniowe daj�ce blask o widmie �wiat�a s�onecznego zalewa�y uprawy fotonami. I nie dotyczy�o to tylko dawnych cieplarni: sale gimnastyczne, ko�cio�y, szko�y - wsz�dzie zacz�to uprawia� ro�liny pod sztucznym �wiat�em. Znalaz�a si� te� inna �ywno�� - miliony ton bia�ka becz�cego i g�oduj�cego na wzg�rzach. Owce schwytano w ko�cu, zar�ni�to i oprawiono, po czym pozostawiono na zewn�trz w zamro�eniu, do czasu, a� mi�so b�dzie potrzebne. Zwierz�ta, kt�re zamarz�y na stokach, zepchni�to buldo�erami w stosy po sto sztuk, po czym pozostawiono, nie zapominaj�c jednak dok�adnie oznaczy� na mapach po�o�enia ka�dego stosu.

    M�wi�c szczerze, zbombardowanie Reykjaviku oznacza�o, �e b�dzie mniej os�b do wy�ywienia.

    Kiedy Malibert nie zajmowa� si� obliczeniami, wychodzi� na mr�z, by kierowa� robotnikami, kt�rzy w pocie czo�a biedzili si� nad po��czeniem odkszta�conych rur. Cierpliwie wys�uchiwali polece� Maliberta (jego niewielka znajomo�� tutejszego j�zyka by�a prawie bezu�yteczna, ale nawet niekt�rzy robotnicy m�wili turystycznym angielskim); sprawdzali rentgenometry, spogl�dali na burze szalej�ce nad ich g�owami, po czym powracali do roboty i si� modlili. Nawet Malibert raz prawie ukl�k� do modlitwy, gdy pewnego dnia, pr�buj�c odnale�� zasypan� szos� nadbrze�n�, spojrza� na zamarzni�te morze i zobaczy� szarobia�y garb lodowy, kt�ry jednak nie by� garbem lodowym. Znajdowa� si� na granicy widoczno�ci, ledwie dostrzegalny w blasku lamp u�ywanych przez robotnik�w, i si� porusza�. - Nied�wied� polarny! szepn�� Malibert do brygadzisty i wszyscy zamarli na miejscu czekaj�c, a� zwierz zniknie im z oczu.

    Od tej pory wychodzili do pracy uzbrojeni.







    Kiedy Malibert nie wykonywa� obowi�zk�w (niekompetentnego) doradcy technicznego do spraw ogrzewania Islandii albo (r�wnie niekompetentnego, ale ucz�cego si�) zast�pczego ojca dla Timothy'ego, rozpaczliwie oblicza� szanse prze�ycia. Nie tylko dla nich; dla ca�ego rodzaju ludzkiego. Mimo nawa�u pracy zwi�zanej z konieczno�ci� prze�ycia najbli�szych dni Islandczycy po�wi�cili nieco czasu na my�lenie o przysz�o�ci. Utworzono zesp� naukowc�w, w sk�ad kt�rego weszli pozostali przy �yciu uczeni z tutejszego uniwersytetu, meteorolog z Uniwersytetu Lejdejskiego skierowany tu na badania mas powietrza nad P�nocnym Atlantykiem oraz Malibert. Spotykali si� w hotelu, gdzie astronom mieszka� razem z ch�opcem, kt�ry zazwyczaj podczas rozm�w siadywa� z milczeniu obok Maliberta.

    Najwa�niejszym pytaniem by�o: jak d�ugo utrzymaj� si� chmury py�u? Pewnego dnia cz�stki opadn� w ko�cu na ziemi� i �wiat b�dzie m�g� si� odrodzi� - o ile przy �yciu pozostanie tylu ludzi, by da� pocz�tek nowemu pokoleniu. Ale kiedy to b�dzie? Nikt nie umia� powiedzie�. Nie wiadomo by�o, jak d�uga, jak zimna i jak zab�jcza b�dzie ta zima nuklearna.

    - Nie znamy liczby megaton - powiedzia� Malibert - nie wiemy nic o tym, jakie mog�y zaj�� zmiany atmosferyczne, nie znamy tempa nas�onecznienia. Wiemy tylko, �e nie b�dzie dobrze.

    - Ju� nie jest dobrze - mrukn�� Thorsid Magnesson, Dyrektor Bezpiecze�stwa Publicznego (kiedy� jego urz�d zajmowa� si� chwytaniem zbrodniarzy, gdy zbrodnia by�a najwi�kszym zagro�eniem bezpiecze�stwa).

    - B�dzie jeszcze gorzej - powiedzia� Malibert i tak si� sta�o. Mr�z spot�gowa� si� jeszcze bardziej; raporty z innych cz�ci �wiata przychodzi�y coraz rzadziej. Islandczycy rysowali mapy przedstawiaj�ce to, co by�o im wiadome. Jedna z nich przedstawia�a miejsca uderze� j�drowych, co po tygodniu nie mia�o ju� wi�kszego znaczenia, bowiem liczba zmar�ych z zimna przewy�szy�a liczb� zabitych w wyniku eksplozji. Rysowano mapy izotermiczne oparte na nieregularnie nap�ywaj�cych raportach pogodowych; mapy te trzeba by�o zmienia� co dzie�, bowiem linia zamarzania przesuwa�a si� nieustannie ku r�wnikowi. W ko�cu mapy okaza�y si� niepotrzebne; ca�y �wiat by� ju� skuty mrozem. Rysowano mapy liczby zgon�w, na ile mo�na by�o to obliczy� z nap�ywaj�cych informacji, ale wkr�tce zaprzestano tego, bo wyniki by�y zbyt przera�aj�ce.

    Wyspy Brytyjskie wymar�y pierwsze, nie dlatego, �e otrzyma�y najwi�cej uderze� j�drowych, ale dlatego w�a�nie, �e nie spad�a tam �adna bomba. Zbyt wiele os�b zosta�o tam na pocz�tku przy �yciu, a Wielka Brytania nigdy nie mia�a wi�cej zapas�w �ywno�ci ni� na cztery dni. Kiedy statki przesta�y przyp�ywa�, Brytyjczykom zajrza� w oczy g��d. To samo sta�o si� z Japoni�, za� nieco p�niej podobny los spotka� Bermudy, Hawaje i te prowincje Kanady, kt�re le�a�y na wyspach. W ko�cu nadszed� czas kontynent�w.

    A Timmy Clary ch�on�� ka�de s�owo.

    Ch�opiec nie m�wi� wiele. Nigdy nie pyta� o rodzic�w, a w ka�dym razie nigdy po pierwszych kilku dniach. Nie mia� nadziei na dobre wie�ci, a z�ych nie chcia� s�ysze�. Jego choroba min�a, ale stan psychiczny nie uleg� poprawie. Jad� po�ow� z tego, co powinno je�� dziecko w jego wieku, a i to po usilnych namowach Maliberta.

    Ch�opiec o�ywia� si� jedynie w tych momentach, gdy Malibert mia� czas rozmawia� z nim o Kosmosie. Wielu ludzi w Islandii zna�o go i jego rol� w SETI, a w�r�d nich by�o paru, kt�rych obchodzi�o to prawie tyle samo, co samego Maliberta. Kiedy czas pozwala� na to, zbierali si� wszyscy, uczony i jego k�ko zainteresowa�. By� w�r�d nich listonosz Lars (obecnie kopacz lodu, bo nie by�o list�w do roznoszenia), Ingar - kelnerka z Hotelu Loftleider (obecnie zajmuj�ca si� szyciem grubych zas�on do izolowania �cian mieszka�), nauczycielka angielskiego Elda (obecnie piel�gniarka, specjalizuj�ca si� w odmro�eniach). Przychodzili te� inni, ale ta tr�jka zjawia�a si� zawsze, gdy mogli si� wyrwa�. Wszyscy byli zaprzysi�g�ymi wielbicielami Harry'ego Maliberta, znali jego wszystkie ksi��ki i razem z nim marzyli o sygna�ach radiowych nadawanych przez dziwacznych kosmit�w z Aldebarana lub o statkach-planetach, kt�re mog�y przenosi� miliony istot z jednego kra�ca galaktyki na drugi, w rejsach trwaj�cych setki tysi�cy lat. Timmy s�ucha� i rysowa� te statki. Malibert podawa� mu wymiary.

    - Rozmawia�em kiedy� z Gemym Webbem - powiedzia� kt�ry opracowa� szczeg�y. Wszystko zale�y od szybko�ci obrotu i wytrzyma�o�ci materia��w. Aby mieszka�com tych statk�w zapewni� odpowiedni� pseudograwitacj�, musz� one mie� kszta�t cylindra o �rednicy szesnastu kilometr�w i musz� si� obraca�. Jego d�ugo�� powinna by� dostateczna, by zapewni� odpowiednio du�o przestrzeni �yciowej, ale nie zbyt wielka, bo mog�oby to grozi� zachwianiem r�wnowagi lub odkszta�ceniem statku. Najlepiej powinna wynosi� sze��dziesi�t kilometr�w. Statek powinien by� podzielony na dwie cz�ci: pomieszczenia mieszkalne i magazyn paliwa. A na jednym ko�cu si�ownia termoj�drowa nap�dzaj�ca statek w podr�y przez Galaktyk�.

    - Termoj�drowa - zamy�li� si� ch�opiec. - Dlaczego wi�c wybuch nie zniszczy tego statku?

    - Wszystko zale�y od budowy si�owni - odpar� szczerze Malibert - a szczeg��w nie znam. Gerry mia� przedstawi� sw�j referat na konferencji w Portsmouth; mi�dzy. innymi jecha�em tam po to, by go pos�ucha�. - Ale, oczywi�cie, nie b�dzie teraz, ani nigdy, konferencji Brytyjskiego Towarzystwa Mi�dzyplanetarnego w Portsmouth.

    - Ju� czas na obiad - odezwa�a si� z wahaniem Elda. Timmy? Zjesz troch� mojej zupy? - I zjad�, cho�by nawet nie chcia�.

    M�� Eldy pracowa� jako ksi�gowy w bazie w Keflaviku; dorabia� sobie w�a�nie po godzinach, gdy drugi pocisk naprawi� b��d pierwszego, tak wi�c Elda nie mia�a ju� m�a ani nawet zw�ok do pogrzebania.

    W hotelu nie by�o zbyt ciep�o nawet mimo gor�cej wody pompowanej z wn�trza ziemi ca�� si�� przez trzeszcz�ce rury. Elda owin�a ch�opca kocami i siedzia�a przy nim, kiedy z obowi�zku prze�yka� zup�. Lars i Ingar siedzieli trzymaj�c si� za r�ce i patrz�c, jak Timmy je.

    - G�os z gwiazd - odezwa� si� nagle Lars - to ci dopiero by�aby frajda.

    - Nie ma �adnych g�os�w - odrzek�a z gorycz� Ingar. - Nawet nasz ju� umilk�. Oto odpowied� na paradoks Fermiego.

    A kiedy ch�opiec przesta� je��, by zapyta�, co to takiego, Malibert wyja�ni� tak dok�adnie, jak umia�:

    - Paradoks nosi imi� Enrica Fermiego, naukowca. Fermi powiedzia�: "Wiemy, �e istnieje wiele miliard�w gwiazd podobnych do naszego S�o�ca. Nasze S�o�ce ma planety, tote� rozs�dek nakazuje domniemywa�, i� inne gwiazdy r�wnie� je maj�. Na jednej z naszych planet znajduj� si� istoty �ywe; na przyk�ad my, podobnie jak drzewa, bakterie czy konie. Poniewa� jest tyle gwiazd, wydaje si� zupe�nie pewne, �e przynajmniej na niekt�rych kr���cych wok� nich planetach powinny by� r�wnie� istoty �ywe. Rozumne. Rozumne w takim samym stopniu jak my albo jeszcze bardziej. Istoty, kt�re potrafi� budowa� statki kosmiczne albo przesy�a� przez radio sygna�y do innych gwiazd - tak jak my umiemy." Czy to jest dla ciebie zrozumia�e, Timmy? - Ch�opiec skin�� g�ow�, marszcz�c czo�o, ale Malibert z rado�ci� ujrza�, �e Timmy nadal je zup�. - I w�wczas Fermi zada� pytanie: "Dlaczego �adne z tych istot nigdy nas nie odwiedzi�y?"

    - Tak jak w kinie - ch�opiec skin�� g�ow�. - Lataj�ce talerze.

    - Te wszystkie filmy, to wymy�lone historie, Timmy. Tak jak Kraina Czar�w Alicji czy chatka siedmiu krasnoludk�w. Mo�e istoty z Kosmosu odwiedzi�y nas kiedy�, ale nie ma na to �adnych przekonywaj�cych dowod�w. A jestem pewien, �e gdyby do czego� takiego dosz�o, to dowody by si� znalaz�y. Musia�yby si� znale��. Gdyby takie odwiedziny nast�pi�y, to kt�ry� z przybysz�w musia�by zgubi� tu jaki� marsja�ski odpowiednik opakowania od hamburgera czy zu�yt� �ar�wk� b�yskow� z Syriusza. A my by�my to znale�li i udowodnili jego pozaziemskie pochodzenie. Nic takiego si� nie zdarzy�o. Istniej� wi�c tylko trzy mo�liwe odpowiedzi na pytanie profesora Fermiego. Pierwsza - �e nie istnieje �ycie poza Ziemi�. Druga - �e istnieje, ale nie chce mie� z nami nic wsp�lnego. Przedstawiciele obcych ras rozumnych nie chc� si� z nami kontaktowa� mo�e dlatego, �e przera�a ich nasza brutalno��, a mo�e dla innego powodu, kt�rego si� nawet nie domy�lamy. Trzecia za� odpowied�... - Elda zrobi�a znacz�cy gest, ale Malibert potrz�sn�� g�ow� - ...brzmi nast�puj�co: mo�liwe, �e gdy tylko jakie� istoty stan� si� tak m�dre, �e wymy�l� wszystko, co potrzebne jest do podr�y w Kosmos, czyli kiedy b�d� dysponowa� technik� podobn� do naszej, to jednocze�nie wyprodukuj� takie straszne bomby i inn� bro�, �e nie b�d� w stanie nad ni� zapanowa�. I wybuchnie wojna, a wszyscy zgin�, zanim stan� si� naprawd� istotami w pe�ni dojrza�ymi.

    - Tak jak my teraz - powiedzia� Timothy, kiwaj�c powa�nie g�ow� na znak, �e zrozumia�. Sko�czy� je�� zup�, ale Elda zamiast zabra� talerz, przytuli�a ch�opca mocno do siebie i si�� powstrzymywa�a si� od p�aczu.







   wiat opanowa�y ca�kowite ciemno�ci. Dzie� nie r�ni� si� od nocy, a mia�o to trwa�... nikt nie wiedzia� jak d�ugo. Sko�czy�y si� opady deszczu i �niegu: gdy nie by�o �wiat�a s�onecznego, kt�re wysysa�oby wod� z ocean�w, w atmosferze nie pozosta�o ani troch� wilgoci, kt�ra mog�aby opa�� na ziemi�. Po powodziach nadesz�a mro�na susza. Gleba Islandii ju� na g��boko�� dw�ch metr�w stwardnia�a na kamie� i robotnicy nie mogli dalej kopa�. Mowy nie by�o o przeprowadzeniu dodatkowych rur cieplnych. Kiedy gdzie� trzeba by�o wi�cej ciep�a, mo�na by�o jedynie zamkn�� inne budynki i wy��czy� ich ogrzewanie. W�r�d pacjent�w Eldy mniej by�o teraz os�b z odmro�eniami, co z objawami choroby popromiennej po ochotniczych wyprawach do Reykjaviku po lekarstwa i �ywno��. Nikt nie uchyla� si� od uczestnictwa w tych wyprawach. Kiedy Elda wr�ci�a z wyprawy do Hotelu Loftleider, przynios�a prezent dla ch�opca: s�odycze i poczt�wki. S�odyczami musia� si� podzieli�, ale poczt�wki by�y tylko dla niego.

    - Czy wiesz, co jest na nich? - zapyta�a. Obrazek przedstawia� olbrzymich, kr�pych, szkaradnych m�czyzn i kobiety w ubiorach sprzed tysi�ca lat. - To s� trolle. Nasze legendy g�osz�, �e trolle tu mieszka�y; niekt�rzy m�wi� zreszt�, �e nadal mieszkaj�, ale tak si� ju� zestarza�y, �e nie chce im si� wychodzi�.

    - To wymy�lona opowie��, prawda? - zapyta� powa�nie Timmy i nie u�miechn�� si�, dop�ki Elda nie zapewni�a go, �e tak jest w istocie. W�wczas wymy�li� dowcip. - Wydaje mi si�; �e trolle w ko�cu zwyci�y�y ludzi - powiedzia�.

    - Och, Timmy! - Elda by�a wstrz��ni�ta. Ale przynajmniej oznacza�o to, �e ch�opiec mo�e ju� dowcipkowa�, powiedzia�a sobie, a nawet wisielczy humor lepszy jest od �adnego. Nowi pacjenci wymagali znacznie mniej opieki - mniej, bo niewiele mog�a zaradzi� na chorob� popromienn� - i Elda cz�ciej my�la�a o tym, czym tu zaj�� ch�opca.

    I znalaz�a wspania�y spos�b.

    Poniewa� paliwo by�o ju� na wag� z�ota, nikt nie wybiera� si� na loty turystyczne wok� wyspy. I tak zreszt� w nieustannym mroku nie by�oby nic wida�. Kiedy jednak wezwano �mig�owiec szpitalny na wschodnie wybrze�e, by zabra� stamt�d dziecko ze z�amanym kr�gos�upem, wyprosi�a w nim miejsce dla Maliberta i Timmy'ego. Sama i tak musia�a lecie� jako piel�gniarka dy�urna.

    - Lawina zasypa�a jego dom - wyja�ni�a. - To wprost u podn�a g�r Stokksnes i l�dowanie b�dzie do�� niebezpieczne moim zdaniem. Ale mo�emy nadlecie� od strony morza i nic si� nie powinno sta�. Przynajmniej zobaczymy co� w reflektorach helikoptera.

    Uda�o si� im jeszcze lepiej: mieli wi�cej �wiat�a. Nic nie przenika�o przez chmury, gdzie miliardy cz�steczek, kt�re kiedy� by�y m�em Eldy, po��czy�y si� z bilionami bilion�w, sk�adaj�cych si� kiedy� na Detroit, Marsyli�, Szanghaj. Ale w chmurach i pod nimi przewija�y si� w�e i pasma nik�ej po�wiaty, strz�py ciemnej czerwieni, wachlarze jasnej zielono�ci. Aurora borealis nie dawa�a wiele �wiat�a - ale te� nie mia�a konkurencji innego blasku poza s�abym pe�ganiem lampek na pulpicie sterowniczym �mig�owca.

    Pod nimi przemyka�y ciemne kszta�ty Vatnajokull. - W i e l k i e trolle! - zapiszcza� ch�opiec rado�nie, a Elda u�miechn�a si�, tul�c go do siebie.

    Pilot post�pi� wed�ug wskaza� Eldy; wylecia� nad morze ponad grzbietami wschodniego �a�cucha g�r, a potem ostro�nie nawr�ci� nad male�k� wiosk� ryback�. Gdy l�dowali, naprowadzani czerwonymi �wiat�ami latarek, reflektory �mig�owca wychwyci�y jaki� przedmiot o kszta�cie talerza.

    - Antena radarowa - Malibert pokaza� ch�opcu.

    Timmy przycisn�� nos do zimnej szyby. - Czy to jedna z tych, tatusiu? Tych, przez kt�re rozmawia si� z gwiazdami?

    Odpowiedzi udzieli� pilot: - O, nie, Timmy. To antena wojskowa.

    - Tu by jej nie zainstalowano, Timothy - doda� Malibert. - Jeste�my za daleko na p�noc. Do tego potrzebny jest radioteleskop, kt�ry m�g�by obj�� ca�e niebo, a nie tylko ten niewielki kawa�ek, kt�ry wida� z Islandii.

    I kiedy pomagali wsun�� do helikoptera nosze z kontuzjowanym dzieckiem, tak �agodnie i delikatnie, jak tylko by�o mo�na, Malibert my�la� o tamtych miejscach: Arecibo i Woomera, Socorro i wszystkich pozosta�ych. Ka�de z nich by�o teraz martwe i z pewno�ci� zniszczone przez masy lodu lub przez pot�ne wichury. Potrzaskane, rozmyte, z�arte przez korozj�, owe oczy wpatrzone w Kosmos by�y teraz �lepe; i my�l ta zasmuci�a Harry'ego Maliberta, ale nie na d�ugo. Nic nie mog�o mu zam�ci� rado�ci z powodu tego, �e po raz pierwszy Timothy powiedzia� do niego: "Tatusiu".







    Oierwsze zako�czenie tej historii m�wi, �e gdy w ko�cu s�o�ce powr�ci�o, sta�o si� to zbyt p�no. Ludzie najd�u�ej prze�yli na Islandii, ale w ko�cu i tam dotar� g��d. Na Ziemi nie by�o ju� nikogo, kto potrafi�by m�wi�, konstruowa� maszyny lub czyta� ksi��ki. Straszliwa trzecia odpowied� Fermiego okaza�a si� jednak zgodna z prawd�.

    Istnieje jednak inne zako�czenie, w kt�rym s�o�ce pojawi�o si� na czas. Mo�e sta�o si� to w ostatniej chwili, ale �ywno�� si� jeszcze nie sko�czy�a, gdy �wiat�o dzienne spowodowa�o pojawienie si� pierwszych �lad�w zieleni i z zamarzni�tych ziaren wyros�y zbo�a. W tej wersji Timothy prze�y� i wyr�s� na m�czyzn�. Kiedy si� to sta�o, a Malibert i Elda w ko�cu si� pobrali i mieli dzieci, Timothy po�lubi� jedn� z c�rek. Za� dwa czy kilkana�cie pokole� p�niej jeden z ich potomk�w do�y� tego dnia, kiedy paradoks Fermiego odszed� w przesz�o��, r�wnie nieistotny i �mieszny jak obawa pi�tnastowiecznego marynarza przed �eglug� po dalekich morzach, by nie spa�� poza kraw�d� p�askiej Ziemi. Bowiem w tym dniu niebo przem�wi�o, a ci, kt�rzy w nim mieszkali, odpowiedzieli w ko�cu na przes�anie z Ziemi.

    Mo�e te� inne jest prawdziwe zako�czenie tej opowie�ci, wed�ug kt�rego rodzaj ludzki postanowi� zako�czy� wszelkie spory, by nie dopu�ci� do kataklizmu, kt�ry m�g�by doprowadzi� do ostatecznej zag�ady. W tej wersji ludzie ocalili nauk� i rado�� �ycia, i z rado�ci� powitali go�ci z gwiazd...

    Ale przecie� to si� w�a�nie sta�o!

    Miejmy przynajmniej tak� nadziej�...

Prze�o�y� Wiktor Bukato

    powr�t